|
Na własne oczy: Mrągowo 2002
Już od dawna czekałem by w Polsce został zorganizowany koncert
poświęcony pamięci Elvisa Presleya. I wreszcie!!! 26 lipca zapowiadał
się bardzo emocjonująco. Wraz ze swoim przyjacielem staliśmy na dworcu
PKS i czekaliśmy na grupkę fanów która miała się tam z nami spotkać.
Niestety w ostatniej chwili coś im wypadło – ich strata. Pojechaliśmy we
dwóch. Z Warszawy dojazd do Mrągowa jest dość łatwy. PKS jedzie ok. 4
godzin. Można podziwiać piękne Polskie krajobrazy. Wreszcie
dojechaliśmy. Widać było, że miasteczko tętni życiem nadchodzącego
festiwalu. Rozstawione straganiki z kowbojskimi rzeczami i ulice
zapełnione szeryfami dodawało smaku temu co miało nadejść. Pierwsze
kroki skierowaliśmy najpierw na stację PKP, a potem na PKS.
Okazało się, że ostatni środek lokomocji do Stolicy odjeżdżał parę minut
po 18. No nic – jakoś to będzie.
Szliśmy promenadą wzdłuż jeziora i słyszeliśmy rozgrzewające się
zespoły. Nasza grupa zaczęła się powiększać. Doszedł do nas fan z
Lublina. Razem szliśmy na spotkanie innych. Przed bramą wejściową już
czekali: nasz Prezes z innymi fanami z Warszawy, Szczecina i innych
mniejszych miejscowości. Wszyscy uśmiechnięci, przebrani w koszulki z
wizerunkiem Elvisa i przygotowani. Mieliśmy flagę z Elvisem z 1968 roku
i naszą klubową. Fantastycznie było iść razem tak by wszyscy widzieli,
że jesteśmy miłośnikami tego jedynego „Króla”!!!
Ktoś
zgubił nasze wejściówki. W ostatniej chwili Prezes musiał biegać i
załatwiać by wpuścili nas na koncert – zostało uzgodnione, że FC miało
darmowe wejściówki. Na całe szczęście znalazły się. Nasz Prezes uspokoił
nerwową atmosferę i wszyscy mogliśmy wejść na generalną próbę przed
koncertem. Oprócz członków naszego FC byli tam dziennikarze i
organizatorzy. Była to doskonała okazja by zebrać autografy wszystkich
występujących gwiazd.
Już tutaj zaskoczyło nas, że nie ma Adama Kucharskiego. Okazało się, że
„nie zmieścił się w programie”. Ten sam los spotkał jednego z
uczestników konkursu. Inną niespodzianką było to, że Piotr Bugzel –
uczestnik konkursu nie śpiewa Moody blue bo ktoś z organizatorów
stwierdził, że: „to nie jest piosenka Presleya...” Nie pomogły
zapewnienia Marii Szabłowskiej i naszego Prezesa, że tę piosenkę Elvis
jednak śpiewał. Pomyśleć, że tacy ludzie mają decydujący głos w tego
typu przedsięwzięciach. Nawet Maria Szabłowska, która zawsze jest pełna
energii wydawała się trochę przygaszona. Już na próbie zaskoczyła mnie
dość oryginalna wersja Always on my mind Krzysztofa Krawczyka.
Ciekawy byłem występu Michała Wiśniewskiego. Niestety widać było, że
muzyka przeszkadzała mu w śpiewaniu... W tym momencie pomyślałem, że to
wszystko stoi na głowie. Nie ma miejsca dla ludzi którzy rzeczywiście
reprezentują muzykę Elvisa, a zawsze znajdzie się czas dla oszołoma w
czerwonych spodniach, który nie bardzo może dać sobie rady z banalną
piosenką Tutti Frutti... Jak w tym kontekście ocenić występ panów
Cierniewskiego i Kalagi? Osobiście wolałbym usłyszeć coś więcej w
wykonaniu Krzysztofa Krawczyka, czy Pawła Bączkowskiego. Po próbach
poszliśmy posilić się przed głównym koncertem.
Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana godzina. Zajęliśmy nasze Fan Clubowe
miejsca naprzeciwko prowadzących koncert: Marii Szabłowskiej i Wojciecha
Manna. Tworzyliśmy niesamowitą atmosferę. Wreszcie mieliśmy okazję
zaprezentować się jako Fan Club!!!

W zasadzie koncert niewiele
różnił się od próby jaką widzieliśmy wcześniej. Szkoda, że prowadzący
ten koncert Wojciech Mann nie skupił się na opowiadaniu anegdot z życia
Presleya...
Osobiście byłem zdegustowany werdyktem jury. Twierdzę, że zdecydowanie
najlepszym artystą był Arkadiusz Witkowski, a na wyróżnienie zasługiwał
Krystian Maliszewski. Finałem koncertu była „niespodzianka” występ
Michała Wiśniewskiego. Część widowni wstała, odwróciła się i krzyczała
„do domu”.

Część poświęcona Elvisowi
dobiegła końca i my również zebraliśmy się. Zmotoryzowana część naszej
grupy rozjechała się po Polsce. Jak już wcześniej wspomniałem ostatni
autobus odjechał parę minut po 18., a pociągu nie było. W tym miejscu
chciałbym podziękować Violletcie Bayer za to, że przygarnęła nas dzięki
czemu nie musieliśmy spędzać nocy na ławce w parku... Swoją drogą to
organizatorzy takiej imprezy mogliby pomyśleć i zorganizować dodatkowy
kurs PKS dla tych, którzy przyjechali tylko na jeden dzień.

Nam jednak pozostało czekanie na pociąg, który odjeżdżał o godzinie 4.40
rano. Ostatnia niespodzianka czekała na nas gdy czekaliśmy już na
pociąg. Miła pani ogłosiła, że jest on opóźniony o około 80 min i
opóźnienie może ulec zmianie. Nie pozostało nam nic innego jak iść na
PKS który odjeżdżał o 5.30...

POWRÓT
|